![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
Ilustracje do prozy Brunona SchulzaNajnowsze ilustracje:
Nagle zobaczyłem ją, Księgę. Leżała otwarta na wieku komody, stojącej w rogu pod oknem. Całą jedną stronę zajmował oleodruk czerwonożółtoniebieski, z dużą ilością złoceń w tle. Nie pamiętam już, co przedstawiał. Drugą stronę rozpoczynał wielki inicjał, litera wyłaniająca się z gąszczu ornamentów, liści i łodyg jakiejś tajemniczej rośliny. Za nią biegły inne litery, układające się w słowa, których przeczytać nie potrafiłem. Księga... Gdzieś w zaraniu dzieciństwa, o pierwszym świcie życia jaśniał horyzont od jej łagodnego światła. Leżała pełna chwały na biurku ojca, a ojciec, pogrążony w niej cicho, pocierał poślinionym palcem cierpliwie grzbiet tych odbijanek, aż ślepy papier zaczynał mglić się, mętnieć, majaczyć błogim poczuciem i z nagła złuszczał się kłakami bibuły i odsłaniał rąbek pawiooki i urzęsiony, a wzrok schodził, mdlejąc, w dziewiczy świat bożych kolorów, w cudowną mokrość najczystszych lazurów*. Moja Księga nie była tak piękna. Bez obrazków, okuć na rogach okładek i obfitych złoceń. Oprawiona w żółte płótno z tłoczonymi w nim literami, była pokaźna. Liczyła może tysiąc stron. Była to duża, ciężka i solidna książka, i to, w moich oczach, stanowiło o jej wartości. Treść była nieważna. I tak przecież nie znałem liter. Znalazłem ją leżącą na szafie w pokoju domu ojca, w którym nikt nie mieszkał. Stała tam tylko ta szafa na ubrania, a zimą – ponieważ pokój był nieopalany – ojciec wstawiał tam dłubane w jednym pniu „koryto”, w którym matka przechowywała peklowane mięso z poćwiartowanej, ubitej świni. Księgę umieściłem w kredensie, w kuchni, w jego dolnej lewej części, która była zamykana na osobny kluczyk. Uzyskanie pozwolenia na użytkowanie tej części matczynego kredensu, nie było wcale rzeczą łatwą i wymagało wielu starań, próśb i obietnic, że będę dobrym, grzecznym i kochającym dzieckiem. Matka w końcu uległa i miałem swoją Księgę, swoją szafkę i swój do niej klucz. Miałem swój skarb, swoją tajemnicę, swój sekret. Księga leżała w szafie, na rozesłanej szydełkowej serwetce, a we mnie rosło pragnienie zgłębienia jej tajemnicy. Postanowiłem więc, jak najszybciej nauczyć się czytać. Dla niej, dla tej Księgi. Odczytałem wreszcie nazwisko autora i jej tytuł. Tłoczone w żółtym płótnie litery oznajmiały: Honoriusz Balzac Stracone złudzenia. Moje pierwsze Schulzowskie lektury (minęło od tamtej pory 30 lat?), zostawiły we mnie trwały ślad w postaci zapachu więdnących w gorącu lata chwastów, przeróżnego zielska i ścielących się tuż nad ziemią mdlejących łopianów, rosnących za płotem ogrodu mojego ojca i dźwięku bzyczących pszczół, które tysiącami pracowały wśród starych lip stojących tamże. To była moja czytelnia, tam chowałem się, wertując stronice Schulzowskie i być może dzięki temu obraz łóżka Tłui i jej samej w tym gorącu letnim pozostającej, przetrwał we mnie tyle lat i domagał się swojej wizualizacji. Później lata całe nie brałem do ręki „autentyku”. Zapomniałem o nim – o zgrozo! On jednak nie zapomniał o mnie. Kusił każdego lata, wabiąc słodką wonią białej jasnoty i błękitem chabrów, fioletem kąkoli, każąc mi wędrować po miedzach, wzdłuż pól, ku żydowskim mogiłkom na wzgórzu za miasteczkiem i ku wakantom – dzikim jeszcze wtedy łąkom, ciągnącym się aż po las na horyzoncie. Moje włóczęgi i moje nostalgie – nie pamiętałem ich przyczyny, nie rozumiałem ich powodu. Zapominałem. Potem przyszła matka i wczesna ta, jasna idylla skończyła się. Uwiedziony pieszczotami matki, zapomniałem o ojcu, życie moje potoczyło się nowym, odmiennym torem, bez świąt i bez cudów, i byłbym może na zawsze zapomniał o Księdze, gdyby nie ta noc i ten sen. Lektury książek Jerzego Ficowskiego wróciły mi pamięć. Jakże więc nie mam być mu wdzięczny. To one kazały mi, w stercie książek leżących na strychu, odnaleźć ów „szpargał” pożółkły, bez okładek, nadgryziony przez myszy i szukać w nim tamtych woni, tamtej spiekoty, tamtych monotonnych dźwięków owadzich skrzydeł. Nachylony nad tą Księgą, z twarzą płonącą jak tęcza, gorzałem cicho od ekstazy. Zatopiony w czytaniu, zapomniałem o obiedzie. Nie omyliło mnie przeczucie. Był to Autentyk, święty oryginał, choć w tak głębokim poniżeniu i degradacji. I kiedy późnym zmierzchem, uśmiechnięty, układałem szpargał w najgłębszej szufladzie, nakrywając go dla niepoznaki innymi książkami – zdawało mi się, że to zorzę układam do snu w komodzie, zorzę, która wciąż na nowo od samej siebie się zapala i szła przez wszystkie płomienie i purpury, i wracała raz jeszcze, i nie chciała się skończyć. Wiesław Szumiński * Wszystkie cytaty pochodzą z opowiadania Brunona Schulza Księga ze zbioru Sanatorium Pod Klepsydrą. W: tegoż: Proza. Kraków, Wydawnictwo Literackie, 1973. Prace z tej serii były wystawiane: – Dom Pracy Twórczej w Wigrach – więcej o tej wystawie, m.in. katalog do wystawy >> |
Projekt i wykonanie strony: Jan Czerniecki
Najlepiej oglądać w rozdzielczości: 1024x768