Ilustracje do prozy Brunona Schulza

Najnowsze ilustracje:

(7kB)
(6kB)


Nawiedzenie
Sklepy cynamonowe
Noc Lipcowa
Mój Ojciec zostaje strażakiem
Ulica Krokodyli


Zanim jeszcze nauczyłem się czytać, czułem pełen lęku szacunek dla słowa pisanego. Intrygowała mnie zwłaszcza wielka księga, którą widywałem na ołtarzu w kościele, przy którym stał dom mojego ojca. Zazdrościłem księdzu, że potrafi z niej czytać i rozumie słowa tam zapisane. Owinięta była w pociemniałą skórę, a rogi jej ciężkich okładek zdobiły metalowe okucia. Moje marzenie, żeby módz jej dotknąć, ziściło się w dniu, kiedy moja niania Broncia zabrała mnie po mszy do zakrystii. Wykorzystałem skrzętnie ten moment i kiedy ona zajęta była rozmową z dobrodziejem, buszowałem bezkarnie po zakamarkach tego pomieszczenia. Oglądałem stare flakony, naczynia liturgiczne, złote hafty na ornatach.

Nagle zobaczyłem ją, Księgę. Leżała otwarta na wieku komody, stojącej w rogu pod oknem. Całą jedną stronę zajmował oleodruk czerwonożółtoniebieski, z dużą ilością złoceń w tle. Nie pamiętam już, co przedstawiał. Drugą stronę rozpoczynał wielki inicjał, litera wyłaniająca się z gąszczu ornamentów, liści i łodyg jakiejś tajemniczej rośliny. Za nią biegły inne litery, układające się w słowa, których przeczytać nie potrafiłem.

Księga... Gdzieś w zaraniu dzieciństwa, o pierwszym świcie życia jaśniał horyzont od jej łagodnego światła. Leżała pełna chwały na biurku ojca, a ojciec, pogrążony w niej cicho, pocierał poślinionym palcem cierpliwie grzbiet tych odbijanek, aż ślepy papier zaczynał mglić się, mętnieć, majaczyć błogim poczuciem i z nagła złuszczał się kłakami bibuły i odsłaniał rąbek pawiooki i urzęsiony, a wzrok schodził, mdlejąc, w dziewiczy świat bożych kolorów, w cudowną mokrość najczystszych lazurów*.

Moja Księga nie była tak piękna. Bez obrazków, okuć na rogach okładek i obfitych złoceń. Oprawiona w żółte płótno z tłoczonymi w nim literami, była pokaźna. Liczyła może tysiąc stron. Była to duża, ciężka i solidna książka, i to, w moich oczach, stanowiło o jej wartości. Treść była nieważna. I tak przecież nie znałem liter.

Znalazłem ją leżącą na szafie w pokoju domu ojca, w którym nikt nie mieszkał. Stała tam tylko ta szafa na ubrania, a zimą – ponieważ pokój był nieopalany – ojciec wstawiał tam dłubane w jednym pniu „koryto”, w którym matka przechowywała peklowane mięso z poćwiartowanej, ubitej świni.

Księgę umieściłem w kredensie, w kuchni, w jego dolnej lewej części, która była zamykana na osobny kluczyk. Uzyskanie pozwolenia na użytkowanie tej części matczynego kredensu, nie było wcale rzeczą łatwą i wymagało wielu starań, próśb i obietnic, że będę dobrym, grzecznym i kochającym dzieckiem. Matka w końcu uległa i miałem swoją Księgę, swoją szafkę i swój do niej klucz. Miałem swój skarb, swoją tajemnicę, swój sekret.

Księga leżała w szafie, na rozesłanej szydełkowej serwetce, a we mnie rosło pragnienie zgłębienia jej tajemnicy. Postanowiłem więc, jak najszybciej nauczyć się czytać. Dla niej, dla tej Księgi.

Odczytałem wreszcie nazwisko autora i jej tytuł. Tłoczone w żółtym płótnie litery oznajmiały: Honoriusz Balzac Stracone złudzenia.

Moje pierwsze Schulzowskie lektury (minęło od tamtej pory 30 lat?), zostawiły we mnie trwały ślad w postaci zapachu więdnących w gorącu lata chwastów, przeróżnego zielska i ścielących się tuż nad ziemią mdlejących łopianów, rosnących za płotem ogrodu mojego ojca i dźwięku bzyczących pszczół, które tysiącami pracowały wśród starych lip stojących tamże. To była moja czytelnia, tam chowałem się, wertując stronice Schulzowskie i być może dzięki temu obraz łóżka Tłui i jej samej w tym gorącu letnim pozostającej, przetrwał we mnie tyle lat i domagał się swojej wizualizacji.

Później lata całe nie brałem do ręki „autentyku”. Zapomniałem o nim – o zgrozo!

On jednak nie zapomniał o mnie. Kusił każdego lata, wabiąc słodką wonią białej jasnoty i błękitem chabrów, fioletem kąkoli, każąc mi wędrować po miedzach, wzdłuż pól, ku żydowskim mogiłkom na wzgórzu za miasteczkiem i ku wakantom – dzikim jeszcze wtedy łąkom, ciągnącym się aż po las na horyzoncie.

Moje włóczęgi i moje nostalgie – nie pamiętałem ich przyczyny, nie rozumiałem ich powodu. Zapominałem.

Potem przyszła matka i wczesna ta, jasna idylla skończyła się. Uwiedziony pieszczotami matki, zapomniałem o ojcu, życie moje potoczyło się nowym, odmiennym torem, bez świąt i bez cudów, i byłbym może na zawsze zapomniał o Księdze, gdyby nie ta noc i ten sen.

Lektury książek Jerzego Ficowskiego wróciły mi pamięć. Jakże więc nie mam być mu wdzięczny. To one kazały mi, w stercie książek leżących na strychu, odnaleźć ów „szpargał” pożółkły, bez okładek, nadgryziony przez myszy i szukać w nim tamtych woni, tamtej spiekoty, tamtych monotonnych dźwięków owadzich skrzydeł.

Nachylony nad tą Księgą, z twarzą płonącą jak tęcza, gorzałem cicho od ekstazy. Zatopiony w czytaniu, zapomniałem o obiedzie. Nie omyliło mnie przeczucie. Był to Autentyk, święty oryginał, choć w tak głębokim poniżeniu i degradacji. I kiedy późnym zmierzchem, uśmiechnięty, układałem szpargał w najgłębszej szufladzie, nakrywając go dla niepoznaki innymi książkami – zdawało mi się, że to zorzę układam do snu w komodzie, zorzę, która wciąż na nowo od samej siebie się zapala i szła przez wszystkie płomienie i purpury, i wracała raz jeszcze, i nie chciała się skończyć.

Wiesław Szumiński

* Wszystkie cytaty pochodzą z opowiadania Brunona Schulza Księga ze zbioru Sanatorium Pod Klepsydrą. W: tegoż: Proza. Kraków, Wydawnictwo Literackie, 1973.


Prace z tej serii były wystawiane:

2004 :

– Dom Pracy Twórczej w Wigrach – więcej o tej wystawie, m.in. katalog do wystawy >>
– Centrum Kultury Żydowskiej, Kraków,
– Muzeum Marii Konopnickiej w Suwałkach

Projekt i wykonanie strony: Jan Czerniecki
Najlepiej oglądać w rozdzielczości: 1024x768