19 listopad

Rankiem wpadła do kuchni sąsiadka. Długo nie mogła złapać tchu. W końcu nie tyle powiedziała, co wykrzyczała, co wyrzuciła z siebie jedno słowo – światło. I po raz drugi – światło, i to samo jeszcze raz – światło.

Siedzieliśmy znieruchomiali przy stole – ojciec, siostra moja i ja. Patrzyliśmy na nią nie rozumiejąc.

– Czy w nocy u nieboszczki paliło się światło? – spytała co raz bardziej zdenerwowana.

– Tak – powiedział ojciec.

– Chwała Bogu, a tak się bałam, tak się bałam. Zapomniałam wam wczoraj powiedzieć. Nie wolno zostawiać zmarłej w ciemności. Pamiętam, leżałam na szlabanku – miałam wtedy siedem lat – zobaczyłam babkę kulącą się w kącie. Mama zgasiła przed snem stojące wokół trumny świece. Zapomniała tylko o lampie pod sufitem. Babka sunęła w cieniu wzdłuż ściany i szeptała – jakby do siebie – gdyby nie ta lampa, to bym tu pohulała, ach jakbym tu pohulała.

Mama umarła 19 listopada o zmierzchu. Była godzina 16:40. Miała 69 lat. Ludzie mówili, że mogła jeszcze pożyć. Niektórzy mówili, że gdyby została w szpitalu... inni że nie, że lepiej, że wróciła, że w domu, wśród swoich... Umarła w fotelu, w którym przesiadywała całe wieczory czytając gazety i wciąż te same książki, które znała na pamięć. Zasłabła, straciła przytomność, na chwilę wróciła do życia, powiedziała – ach to tu wszyscy jesteście – i umarła.

Jesień jest bardzo łaskawa dla nas w tym roku. Zwykle już pierwsze dni listopada, w dzień wszystkich świętych i dni zaduszne, pada deszcz, chlapie mokry śnieg, wieje wiatr i gasi cmentarne światełka. Tu w tym kącie tuż pod litewską granicą, zima zjawia się szybko i późno odchodzi. A tu grudzień przychodzi, a powietrze wciąż łagodne. Mgły się snują rano po polach, jak w sierpniowe świty po deszczowych nocach.

Śmierć wypiękniła twarz mojej mamy i ostudziła jej ból. Jakże inaczej dotarłaby tak daleko do bram niebieskich, na swoich chorych nogach. A może to Anioł, który na moment zawisł nad domem poniósł ją tak wysoko.

Przychodzili ludzie, przynosili kwiaty. Siadali na długich, drewnianych ławach. Milczeli. Niektórzy spoglądali ukradkiem do wnętrza trumny. Kiedy przyszła noc, zasiedli wokół mamy. Zmawiali długie różańce, litanie i koronki do Najświętszej Panny. Kwiaty zasłoniły mamę.

– Irena dzisiaj leży jak królowa – powiedział ktoś.

Franusia przeraził odgłos uderzających o trumnę grudek ziemi. Ziemia w tym miejscu jest lekka. Żółty piach i drobny żwir.

Przesuwane paciorki różańca, monotonnie wypowiadane mantry litanii, niekończące się, długie wyliczanki świętych imion wymawiane przez krewnych i sąsiadki siedzące wokół stołu, na którym przed chwilą dymiły na półmisach pogrzebowe bigosy i mięsa.

Noc. Na stole, na którym stała trumna mamy, stoją teraz talerze i nie uprzątnięte jeszcze resztki pogrzebowej uczty. Mama odeszła. Kiedy czterech ubranych na czarno mężczyzn uniosło ją w górę, kobiety zerwały płótna ze stołu, na którym stała trumna. Rzuciły je w kąt pokoju. To po to, żeby tu już nie wróciła.

Projekt i wykonanie strony: Jan Czerniecki
Najlepiej oglądać w rozdzielczości: 1024x768