![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
Notatki białoruskie17.VII.97 Samochód sunie w stronę Lidy. Noc. Nad nami wisi wielki księżyc, któremu niewiele brakuje, żeby domknęło się jego koło. O Lidzie czytałem po raz pierwszy w książeczce Jurewicza, leżąc w szpitalu zakaźnym przed laty może pięciu albo sześciu. Równina wielka przed nami i za nami. Pola, pola... 19.VII.97 Cudownie jest leżeć na trawie w zdziczałym sadzie i patrzeć na płynące obłoki. Nie pamiętać słów usłyszanych tylko co, przed chwilą, ciężkich jak ziemia słów. Szukać wzrokiem, aż tam ponad chmurami wiszącego ptaka i śledzić jego lot. Drogi polne i lasy, i łąki, i zioła na nich rosnące, niewiele różnią się od tych po których wędrowałem w dzieciństwie. Tyle, że wszystko to bardziej rozległe, wielkie i czuje się ogrom tego co jest dalej, co za horyzontem. Wędrujemy po piaszczystych drogach, popychani nie tyle własną tęsknotą, co wabieni przez coś nieznanego, coś co może gdzieś tam na nas czeka i wciąż przed nami się kryje. Podróż staje się czymś w rodzaju miłosnej pogoni, miłosnej ciekawości, a spotkania, które w czasie jej trwania się zdarzają, mają w sobie jakąś niewymowną słodycz. To co zmysłowe, naturalne w innej sytuacji (sytuacji nie wędrowania) staje się nagle tak uduchowione, a to co uduchowione, domyślne, namalowane tęsknotą, pragnieniem ujrzenia, tak nagle zmysłowe. Oto stajesz przed kimś, kogo pierwszy raz ujrzały twoje oczy, z całym bagażem swojego lęku i ufności. Wszystko się wtedy może zdarzyć, wszystko jest rozedrgane. I dotyczy to nie tylko spotkanych ludzi, ale i krajobrazu, lasu, czy pojedynczego drzewa, wszystkiego. 25.VII.97 Wieś Arcisze. Nie daleko Szczuczyna, może pięćdziesiąt kilometrów od Lidy. Rozbijamy obóz na podwórzu Franciszka Borysewicza. Ludzie we wsi mówią, że po stracie syna nagle zmarłego na serce, stał się jurodiwy i ostrzegają przed zmiennością jego nastrojów. Człowiek to niezwykłej delikatności. Lat ma sześćdziesiąt siedem. Jak prawie wszyscy tutaj wprzęgnięty w mozół kołchozowego życia. Traktorzysta, krawiec, zdun, także pszczelarz, trochę stolarz. Rozmowa, którą prowadzimy toczy się już od kilku dni, przerywana chwilami na posiłki, naszymi wyjściami do wsi, snem. Zwykłe przy takich spotkaniach chwile niepewności, zakłopotania, chwiejności, czy poczucia oddalenia szczęśliwie nas ominęły. Rozmawiamy tak jak byśmy się znali od lat. Jedno wypowiedziane nazwisko. czy zdarzenie przyzywa następne. Postaci nieznanych mi ludzi wyłaniają się z mroku niepamięci, chwilę są z nami i znikają. Ich miejsce zajmują inne, a po nich następne. Obok stołu przy którym siedzimy przechodzą jakby zrównani w swojej bytności, ci co już dawno pomarli i ci co żyją jeszcze. Franciszek widzi i słyszy ich wyraźnie, tkwią mocno w jego pamięci. Ja próbuję ich sobie wyobrazić. Każda z tych postaci to uosobienie jakiegoś losu, jedynego, odrębnego. Przywołujemy ich do ponownego istnienia, każąc im odgrywać jeszcze raz dramat ich życia, okrutni, nie zważający na ich cierpienia. Tłoczno się robi wokół naszego stołu. Opowieść rwie się, plączą się historie jak nici na tkackim warsztacie kobiety spotkanej przez nas wcześniej we wsi Markucie. Wychodzimy przed dom. Zbliża się wieczór. Nad łąką, która leży w dolinie i ciągnie się po horyzont, wisi czerwone słońce. Jeszcze godzinę temu padał deszcz. Teraz nad trawami wznosi się mgła poprzeszywana ostatnimi promieniami słońca. Zacierają się kontury, ginie w niej horyzont. Jego linia przestaje obowiązywać i nie wiadomo gdzie kończy się ziemia, a gdzie zaczyna niebo. Na wzgórzu, tam gdzie łąki mają swój kres, unosi się neogotycka bryła kościoła, jak wszystko wokół odrealniona padającym na nią światłem, miękkim i delikatnym. Stoję zaskoczony tym, co widzą moje oczy. Zapominam na moment gdzie jestem. W mojej pamięci pojawiają się nagle jakieś fragmenty teoretycznych pism Frydrycha Schinkla, jego wczesnoromantyczne koncepcje współistnienia architektury z otaczającym ją pejzażem. Nic dziwnego, bo to co widzę, to żywa ilustracja jego myśli. - "Wot tu woźle tej reczki - widzę nagle wyciągnięty na wprost palec Franciszka - taką ja mogę powiedzieć historię. To było w niedzielę, kiedy Niemcy stali strzelać Żydów z wasiliszewskiego getta. Dzień był ciepły, bo to lato było. A ludzie już raniej wiedzieli, że coś tam będzie, bo tego dnia nie kazali nam już gnać krów na łąkę. I tak gdzie od godziny dziewiątej słyszę, że, aha już pulomioty pracują. Ja stał, ot tak jak i teraz, i patrzył w tamtą stronę gdzie strzelają. Patrzę ja, a tu oderwało się jakich może dziesięć, może piętnaście ludzi, znaczy się Żydów i leci przez łąkę, ot tam w stronę lasu. No i lecą oni tak wozie reczki. Ja widzę, wyskakuje od strony kościoła jeden na motocyklu. Podjeżdża i naczynajet strieliat. Puści serię z pulomiota i jeden albo dwóch pada. I tak dalsze i dalsze. Do lasu dobrało z nich się może jakich dwóch, albo trzech, nie więcej. No i wot ten Niemiec zabrał się i pojechał do Wasiliszek. A ja ostał się sam, tu na tej górze. Cicho stało, bo i w miasteczku strzelać przestali. I stoję ja tak. Łąka przede mną wielka, zielona jak teraz. Nie wiem jakie mnie myśli po głowie chodzili wtedy. Stoję jak zamurowany i ruszyć się nie mogę. Dziecko jeszcze wtedy był. Stoję tak i widzę jak na tej łące wiatr unosi białą sukienkę dziewczyny, która jedna z pierwszych upadła. Podnosi te sukieneczke w górę, potem ona upada na nieżywą dziewczynę I zncwu ją podnosi. A wkoło taka cisza i nic więcej na łące się nie rusza. Ot, tylko ta biała sukienka na całej wielkiej, zielonej łące. Wieczorem dopiero przygnali furmankę i pozbierali trupy. Wot tak tu bywało." Słońce zaszło. Cienie zgęstniały i przepadły w ciemności. Wieże kościoła niewyraźnie majaczyły na horyzoncie. Zielona łąka stała się jałowa i smutna. Ogarnęło mnie zdumienie, samotność, poczucie nieprzynależności. "Boże mój, co ja tu robię" - tłukło mi się po głowie. Miałem żal do siebie, że urzekło mnie opowiadanie Franciszka. Obraz martwej, żydowskiej dziewczyny, której białą sukienką targa wiatr, zachwycił mnie bardziej niż przeraził. To co czułem to wszechogarniające zwątpienie, niechęć wobec namiętności ludzkich tak potwornie tu spiętrzonych, a może była to tylko bezradność? "Nie szukaj tu żadnej piękności To nie jest jej dziedzina" - szeptało mi coś do ucha. Więc co mam robić? Powiedzieć sobie było - minęło? Przecież nie minęło. Trwa wciąż jak zaklęte i rośnie, rozrasta się do niewyobrażalnych rozmiarów. Pielęgnowane w cichej pamięci starców poczucie krzywdy i tęsknota za światem bezpiecznym. Ich gorycz i niemota spowodowana pustką w ich domach porzucanych przez ich dzieci, często bezmyślnych i pijanych. Wszystkie te baśnie, kłamstwa, gadulstwo, zdrady, oszustwa, wszechobecny strach, zawiści i zemsty, ból, cierpienie, pulomioty, kulomioty, kije, pałki, rozwałki, kałasznikowy i noże. I unosząca się nad tym wszechobecna i wieczna jak trawa złuda poezji. "EISI KAI KYNON ERYNIES" - co się z greckiego tłumaczy : "nawet i psy mają swoje boginie mścicielki". Czy o ten tu świat też ktoś się kiedyś upomni? 2 7.VII.97 Jeżeli wierzyć spotkanym tu ludziom, ich świat, za kilka, może kilkanaście lat przestanie istnieć. Jego resztki, które dziwnym trafem jeszcze pozostały, wciąga niczym w bezkresną otchłań pełne zamętu życie. Zagarnia sioła, domy i ludzką pamięć, która ginie w mroku jak spadające gwiazdy. Małe, zwarte wioski rozsiane między wielkimi polami, których domki kolorowe, przytulone do siebie - jakby się czegoś lękały - za dnia toną w gmatwaninie kwitnących ogródków i dzikiego ziela, nocą giną w ciemnościach - teraz, kiedy po nich wędrujemy - tak czarnych i gęstych. Małe, drewniane domki. Chylące się ku ziemi, zielono - bure, omszałe płoty. Przy nich, sklecone z kilku desek ławeczki, dające wytchnienie człapiącym po piaszczystej drodze staruchom i ich mężom. Spotykaliśmy ich co dnia siedzących jakby w cieniu własnego losu. Rozpamiętujących cierpkie niczym smak na wpół zdziczałych jabłek z ich sadów, ich własne życie. Staruchy i starcy. Chwytający nas w sidła swoich opowieści, łapczywie i zachłannie. Już przy pierwszym spotkaniu wyjawiali nam swoje tajemnice. Nie bronili się. Uwalniali zamknięty w swoich duszach czas, być może w poczuciu, że jest to ich ostatnia szansa, żeby zatrzymać pamięć o sobie. Pragnienie to, wyraźnie silniejsze niż wstyd, kazało opowiadać im historie skrywane w najgłębszych zakamarkach ich dusz. Lęk przed nicością, niebytem, zapomnieniem brał górę i snuli swoje opowieści, zatopieni w dawnych wspomnieniach. Wyrzucali z siebie strzępy tych wspomnień, przedziwne anegdoty, fragmenty czyichś biografii, historie ich własnego życia i życia ich ojców, dzieci, sąsiadów. Starałem się je zapamiętać, ale już niebawem zaczynałem rozumieć, że stoję bezradny w labiryncie, z którego nie ma wyjścia. |
Projekt i wykonanie strony: Jan Czerniecki
Najlepiej oglądać w rozdzielczości: 1024x768